W kwestii podnoszenia VAT i innych podatków:
jestem jak najbardziej za - pod warunkiem, że będę mogła je sobie odliczyć od podatku.
Moje istnienie w tym systemie, jako człowieka, obywatela i konsumenta kosztuje:
muszę jeść, schronić się, wyspać i ubrać - by móc konsumować.
Muszę mieć na to środki.
Pracuję, by je mieć.
A co z potrzebą towarzystwa, akceptacji?
Co z konsumpcją ponadpodstawową, z kulturą i sztuką włącznie?
By je realizować, w tym systemie, potrzebuję pieniędzy.
Tak więc: wyższe podatki - jak najbardziej - ale tylko z możliwością odliczenia ich sobie od podatku.
Na zdrowie.
P.S. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał problem z rozpoznaniem:
tak, to był sarkazm
Monday, August 23, 2010
Friday, July 9, 2010
Kulturalne TechnoParty
Swoim zeszłotygodniowym TechnoParty, publikowanym w Kulturze - dodatku do Dziennika Gazety Prawnej - na temat światów szkatułkowych, Olaf Szewczyk sprowokował mnie. Efekt można było przeczytać w jego felietonie w Kulturze dzisiejszej.
Niestety, artykuły są niedostępne w sieci - TechnoParty można dostać przeważnie jedynie w wydaniu papierowym, w piątek. Poniżej wklejam natomiast w całości swoją reakcję, której fragmenty zostały dziś zacytowane na łamach Kultury.
Szanowny Panie Olafie,
pytanie, które stawia Pan w swoim najnowszym felietonie, nurtuje mnie już od długiego czasu, w różnych konteksach i na różnych poziomach odniesienia. Ponieważ pisze Pan o najbardziej ekstremalnej skali zjawiska, chciabym zwrócić uwagę również na inne wymiary, w których ono zachodzi, a w których nie koniecznie się go spodziewamy. Z moich doświadczeń wynika, że sprawa dotyczy nie tylko Wszechświata - Universum - ale odnosi się do każdej z pomniejszych jego sfer, także tych czysto ludzkich: kultury, nauki, spraw codziennych, zawodowych, etc. - oraz relacji między nimi. Problem jest zatem - paradoksalnie - więcej niż "tylko" uniwersalny. Prawda jest taka, że codziennie zabijamy wokół siebie i w sobie tysiące światów, odbieramy sobie i innym - ludziom, rzeczom, zjawiskom - miliony szans na inne życie, czy też na zaistnienie w ogóle.
Moralność, logika, poznanie, sztuka, nauka, polityka, świadomość, itd. - to nie tylko aspekty naszej cywilizacji. Te pomniejsze universa, systemy zasad i reguł wymyślonych przez człowieka, by uporządkować świat, oswoić go, uczynić bezpieczniejszym - nie załatwiły sprawy. Przeciwnie: stworzyliśmy sobie wewnętrzną dżunglę zamieszkaną przez niezliczone ilości pożerających się nawzajem pomniejszych stworzeń. Chcąc żyć tzw. pełnią życia, wśród innych ludzi, pojedynczy człowiek nieuchronnie stawia się w centrum wojny. Chcąc świadomie uczestniczyć we wszystkich wymiarach ludzkiej egzystencji, chcąc sprostać wszystkim jej wymaganiom, podejmuje się niewykonalnego. (...)
Każdy z nas, świadomie bądź nie, przez całe życie dokonuje nieskończonej liczby wyborów. Teoria kwantowa zakłada istnienie wszechświatów równoległych, określanych w ten sposób wobec każdego momentu tzw. naszego wszechświata. Ale nasza wyobraźnia nie radzi sobie z tym ogromem informacji, sprowadzając te momenty do doniosłych chwil, takich na przykład, kiedy decyduję czy połknąć niebieską czy czerwoną pigułkę. Mam wówczas świadomość, że w tym momencie wybieram, który z dwóch oferowanych światów powołam do życia. Sprawa jest więc prosta. Ale prawda jest taka, że w każdej sekundzie swojego życia połykamy nieskończone ilości takich pigułek, we wszystkich kolorach tęczy. Eksplodują one konsekwencjami, z których nie wszystkie dotyczą nas osobiście równie mocno, dlatego z większości nie zdajemy sobie sprawy. Czy warto się tym przejmować? - Nie wiem.
(...)
Postępowanie w złożonych sprawach wymaga złożonego namysłu, ale namysł taki nierzadko prowadzi ad infinitum. Niczym Alicja, spadamy w dół i w dół, po prowadzącej w otchłań spirali wiecznego "ale" (Ale = małe Alicje :) wzajemnie wykluczających się racji. W takiej sytuacji możemy albo zaanalizować się na śmierć, albo poddać, albo wykonać skok wiary. Herbatka u Szalonego Kapelusznika nie wydaje się najgorszym, co może nas spotkać.
Być może, każdy z nas jest takim małym zderzaczem - hadronów czy innych niewidzialnych fenomenów, które krążą w nas z niepojętą prędkością. Może warto czasem wejść na kurs kolizyjny, nie usiłować plątać się w beznadziejnie skomplikowanych zależnościach wewnątrz i na zewnątrz naszego małego świata, zaimprowizować, dać się ponieść, stracić kontrolę - pozwolić by to mądrość świata zadziałała za nas. W końcu: kto wie?
Pozdrawiam serdecznie Pana Olafa i życzę sobie więcej podobnych prowokacji.
Szanowny Panie Olafie,
pytanie, które stawia Pan w swoim najnowszym felietonie, nurtuje mnie już od długiego czasu, w różnych konteksach i na różnych poziomach odniesienia. Ponieważ pisze Pan o najbardziej ekstremalnej skali zjawiska, chciabym zwrócić uwagę również na inne wymiary, w których ono zachodzi, a w których nie koniecznie się go spodziewamy. Z moich doświadczeń wynika, że sprawa dotyczy nie tylko Wszechświata - Universum - ale odnosi się do każdej z pomniejszych jego sfer, także tych czysto ludzkich: kultury, nauki, spraw codziennych, zawodowych, etc. - oraz relacji między nimi. Problem jest zatem - paradoksalnie - więcej niż "tylko" uniwersalny. Prawda jest taka, że codziennie zabijamy wokół siebie i w sobie tysiące światów, odbieramy sobie i innym - ludziom, rzeczom, zjawiskom - miliony szans na inne życie, czy też na zaistnienie w ogóle.
Moralność, logika, poznanie, sztuka, nauka, polityka, świadomość, itd. - to nie tylko aspekty naszej cywilizacji. Te pomniejsze universa, systemy zasad i reguł wymyślonych przez człowieka, by uporządkować świat, oswoić go, uczynić bezpieczniejszym - nie załatwiły sprawy. Przeciwnie: stworzyliśmy sobie wewnętrzną dżunglę zamieszkaną przez niezliczone ilości pożerających się nawzajem pomniejszych stworzeń. Chcąc żyć tzw. pełnią życia, wśród innych ludzi, pojedynczy człowiek nieuchronnie stawia się w centrum wojny. Chcąc świadomie uczestniczyć we wszystkich wymiarach ludzkiej egzystencji, chcąc sprostać wszystkim jej wymaganiom, podejmuje się niewykonalnego. (...)
Każdy z nas, świadomie bądź nie, przez całe życie dokonuje nieskończonej liczby wyborów. Teoria kwantowa zakłada istnienie wszechświatów równoległych, określanych w ten sposób wobec każdego momentu tzw. naszego wszechświata. Ale nasza wyobraźnia nie radzi sobie z tym ogromem informacji, sprowadzając te momenty do doniosłych chwil, takich na przykład, kiedy decyduję czy połknąć niebieską czy czerwoną pigułkę. Mam wówczas świadomość, że w tym momencie wybieram, który z dwóch oferowanych światów powołam do życia. Sprawa jest więc prosta. Ale prawda jest taka, że w każdej sekundzie swojego życia połykamy nieskończone ilości takich pigułek, we wszystkich kolorach tęczy. Eksplodują one konsekwencjami, z których nie wszystkie dotyczą nas osobiście równie mocno, dlatego z większości nie zdajemy sobie sprawy. Czy warto się tym przejmować? - Nie wiem.
(...)
Postępowanie w złożonych sprawach wymaga złożonego namysłu, ale namysł taki nierzadko prowadzi ad infinitum. Niczym Alicja, spadamy w dół i w dół, po prowadzącej w otchłań spirali wiecznego "ale" (Ale = małe Alicje :) wzajemnie wykluczających się racji. W takiej sytuacji możemy albo zaanalizować się na śmierć, albo poddać, albo wykonać skok wiary. Herbatka u Szalonego Kapelusznika nie wydaje się najgorszym, co może nas spotkać.
Być może, każdy z nas jest takim małym zderzaczem - hadronów czy innych niewidzialnych fenomenów, które krążą w nas z niepojętą prędkością. Może warto czasem wejść na kurs kolizyjny, nie usiłować plątać się w beznadziejnie skomplikowanych zależnościach wewnątrz i na zewnątrz naszego małego świata, zaimprowizować, dać się ponieść, stracić kontrolę - pozwolić by to mądrość świata zadziałała za nas. W końcu: kto wie?
Saturday, June 26, 2010
Palec
Ślimak wiaduktu im. Stanisława Markiewicza, część ulicy Karowej w Warszawie, to bardzo ładne miejsce. Na wiadukcie, pod którym mieści się galeria, znajdują się rzeźby Jana Woydygi: na północy jest to postać młodej syreny, a na południu - kompozycja będąca alegorią Warszawy. Z tym drugim posągiem wiąże się pewna historia.

Lat temu sporo, bo chyba z 14, podczas jednego z tych jesiennych spacerów, zawędrowaliśmy z Mariuszem L. na ten wiadukt, pod ten właśnie posąg. Wtedy wszystko to było szare i betonowe, nawet bez żadnych bazgrołów, ale samo miejsce, jak zawsze, niezwykle przyjemne. Stanęliśmy więc na chwilę i, rozmawiając, przyglądaliśmy się miastu - a miasto przyglądało się nam.

Oparłam dłoń na wyciągniętej Prawej Stopie kobiety z prawej strony rzeźby. A dokładnie: na jej dużym Palcu, który - został mi w dłoni! Po prostu: odłączył się od swojej Stopy.

Zarówno ja jak i Mariusz byliśmy lekko zaskoczeni. W pierwszej chwili chciałam nawet odłożyć Palec na miejsce, zostawić Go tak, jak był. Mariusz jednak stwierdził, że powinnam Go wziąć, a jeśli ja nie chcę, to sam Go weźmie. Cóż, w końcu to Palec wybrał mnie - zabrałam Go więc do domu. Pozostał ze mną 10 lat (niestety, nie odnalazłam w archiwum żadnych zdjęć z tamtego czasu).
Kiedy latem 2006 roku, po rocznym pobycie w Budapeszcie, wybrałam się na pierwszą przejażdżkę rowerem po Warszawie, przejeżdżając Krakowskim Przedmieściem, skręciłam w Karową, zobaczyć, jak wygląda sytuacja Stopy Warszawy: czy wciąż brak Jej Palca - a może ma nowy? Widząc idące pełną parą prace renowacyjne, następnego dnia stawiłam się na miejscu, z Palcem w dłoniach. Przekazałam Go zaskoczonemu kierownikowi zmiany z prośbą, by tym razem dobrze Go przymocowali. Przez kolejne miesiące Palec słusznie trzymał się na swoim miejscu. Odtąd nie odwiedzałam Go regularnie, tak że kiedy w zeszłym tygodniu przejeżdżałam tamtędy na rowerze, doznałam szoku widząc, że:

Nie wiem, co się stało, ani co to znaczy. Czy Warszawa specjalnie się ich pozbywa, czy ktoś samowolnie przywłaszczył sobie wszystkie Pięć Palców Jej Prawej Stopy, czy robotnicy dali ciała i poodpadały siłą tandety, czy coś jeszcze innego. Cokolwiek się stało, w imieniu swoim i Warszawy, każdego, kto wie cokolwiek o Palcach, bardzo proszę o wiadomość.

Lat temu sporo, bo chyba z 14, podczas jednego z tych jesiennych spacerów, zawędrowaliśmy z Mariuszem L. na ten wiadukt, pod ten właśnie posąg. Wtedy wszystko to było szare i betonowe, nawet bez żadnych bazgrołów, ale samo miejsce, jak zawsze, niezwykle przyjemne. Stanęliśmy więc na chwilę i, rozmawiając, przyglądaliśmy się miastu - a miasto przyglądało się nam.

Oparłam dłoń na wyciągniętej Prawej Stopie kobiety z prawej strony rzeźby. A dokładnie: na jej dużym Palcu, który - został mi w dłoni! Po prostu: odłączył się od swojej Stopy.

Zarówno ja jak i Mariusz byliśmy lekko zaskoczeni. W pierwszej chwili chciałam nawet odłożyć Palec na miejsce, zostawić Go tak, jak był. Mariusz jednak stwierdził, że powinnam Go wziąć, a jeśli ja nie chcę, to sam Go weźmie. Cóż, w końcu to Palec wybrał mnie - zabrałam Go więc do domu. Pozostał ze mną 10 lat (niestety, nie odnalazłam w archiwum żadnych zdjęć z tamtego czasu).
Kiedy latem 2006 roku, po rocznym pobycie w Budapeszcie, wybrałam się na pierwszą przejażdżkę rowerem po Warszawie, przejeżdżając Krakowskim Przedmieściem, skręciłam w Karową, zobaczyć, jak wygląda sytuacja Stopy Warszawy: czy wciąż brak Jej Palca - a może ma nowy? Widząc idące pełną parą prace renowacyjne, następnego dnia stawiłam się na miejscu, z Palcem w dłoniach. Przekazałam Go zaskoczonemu kierownikowi zmiany z prośbą, by tym razem dobrze Go przymocowali. Przez kolejne miesiące Palec słusznie trzymał się na swoim miejscu. Odtąd nie odwiedzałam Go regularnie, tak że kiedy w zeszłym tygodniu przejeżdżałam tamtędy na rowerze, doznałam szoku widząc, że:

Nie wiem, co się stało, ani co to znaczy. Czy Warszawa specjalnie się ich pozbywa, czy ktoś samowolnie przywłaszczył sobie wszystkie Pięć Palców Jej Prawej Stopy, czy robotnicy dali ciała i poodpadały siłą tandety, czy coś jeszcze innego. Cokolwiek się stało, w imieniu swoim i Warszawy, każdego, kto wie cokolwiek o Palcach, bardzo proszę o wiadomość.
Subscribe to:
Comments (Atom)